Weekend majowy w czapce i rękawiczkach

Majówka to taki deszczowy czas, po którym zwykle wychodzi słońce. W długi weekend pada albo śnieg, albo deszcz. Jednak mało komu to przeszkadza. A raczej nie może przeszkadzać, jeżeli kwatera zarezerwowana, a towarzystwo ustawione.

Mój weekend majowy upłynął pod znakiem poszukiwania słońca i dobrego jedzenia.

Pierwszego dnia odwiedziliśmy miejsce, które jak pokazują stare fotografie kiedyś tętniło życiem. Dzisiaj trochę zaniedbane, ale z pewnością nie zapomniane. Jezioro Lubachowskie to malownicze jezioro zaporowe w Górach Sowich koło Zagórza Śląskiego. Miejsce idealne na jednodniowy wypad z Wrocławia. Spacer po zaporze i kilka zdjęć jeszcze w słońcu przerwał deszcz.

Schronienia udzieliła nam Restauracja Fregata. Z zewnątrz jakby dom nad morzem w Hiszpanii, a w środku trochę Szwecji. Urokliwe i przytulne miejsce pełne ozdób i bibelotów, które można kupić od właścicieli. Nie tylko my schowaliśmy się przed ulewą. Restauracja była pełna i długo czekaliśmy na jedzenie. Warto było. A że deszcz padał i padał, nie odmówiłam sobie deseru.

      

Drugi i trzeci dzień maja spędziłam w Sławie. To miejsce nad jeziorem dobrze znane tym, którzy żeglują, łowią ryby lub pamiętają je z czasów szalonych studenckich wypadów. Działo się! Kiedyś kiełbasa z ogniska i nocna kąpiel w jeziorze, tym razem szaszłyki z grilla, rozgrzewające trunki, czapka i rękawiczki. Było naprawdę zimno. Grill, muzyka z samochodów i dyskoteka do rana, to niestety dominujący klimat tego miejsca. Za to rano, kiedy większość śpi lub kładzie się spać, można poczuć zapach lasu, popatrzeć na spokojne jezioro i posłuchać śpiewających ptaków. Do południa ośrodek śpi zmęczony dniem wczorajszym. Z pewnością dużą zaletą tych okolic są bary ze świeżo złowionymi rybami. Kilka wędzonych zabrałam do domu.

 

 

W drodze powrotnej na obiad trafiliśmy do niepozornej greckiej restauracji w Głogowie. W poszukiwaniu dobrego jedzenia pomocna była mapa miejsc, które zrewolucjonizowała Magda Gessler. Niestety nie trafiliśmy na świeżą baraninę. Kelnerka poleciła nam zupę cytrynową z kuleczkami z wołowiny, paprykę faszerowaną kaszą, wieprzowinę z greckim makaronem i obowiązkowo tzatziki – smacznie i miło.

 

Szkoda, że słońce zaczęło świecić dopiero, kiedy wracaliśmy do domu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *